Jedna z definicji narracji brzmi: “określony, subiektywny sposób przedstawienia rzeczywistości w tekstach rozpowszechnianych przez jakąś osobę, grupę osób lub ugrupowanie polityczne”. Podkreślam słowo “subiektywny”, bo sposób w jaki o czymś opowiadamy może kształtować odbiór zjawiska. Pisałam już o tym w tekście Słowa mają moc (tak, kliknij, przeczytaj). Wspomniałam tam dwóch typów: Edwarda Sapira i Benjamina Lee Whorfa, którzy badali m.in. to jak język wyznacza granice naszego postrzegania. I wyszło im, że sposób w jaki o czymś mówimy ma wpływ na to jak owo coś jest postrzegane i czy w ogóle jest postrzegane. Bo jak nie mamy słów do opowiedzenia czegoś, to trochę jakby tego nie było. 

Tak się niezbyt szczęśliwie złożyło, że żyjemy w systemie patriarchalnym. Nieszczęśliwie dla każdego, kto nie jest białym heteroseksualnym mężczyzną, czyli dla większości w sumie. Zresztą nawet biali heteroseksuali mężczyźni mierzą się w nim z różnymi niezbyt miłymi rzeczami. Zatem całe to szambo nie dotyka wcale może tak z 1% najbardziej bogatych i uprzywilejowanych. Resztę zalewa lub ledwie ochlapuje. Ale spokojnie, nie będę się tu rozpłakiwać nad mężczyznami. Mają tylu adwokatów i tyle miejsc by się wypowiadać, że kolejne im chyba niepotrzebne.

Dziś zwracam uwagę na wymazywanie. Kobiety wymazuje się z historii, a mężczyzn z narracji o przemocy. Nie wierzysz? No to proszę, masz tu kilka nagłówków gazet wyskakujących po pobieżnym wyszukiwaniu w przegladarce.

Co tu mamy? Kobieta została napadnięta, pobita, zgwałcona… Kto to zrobił? Nie wiemy. No po prostu została. Jeśli pojawiają się informacje o sprawcy/sprawcach to najcześciej, gdy są obcokrajowcami, lub gdy ucierpiał partner kobiety. Swoją drogą te nagłówki, które podkreślają, że “na jego oczach” to jest jakiś kosmos. Znaczy, że co? Że go bardziej boli? Czy w drugą stronę: że go symbolicznie wykastrowano i jeszcze nie obronił swojej “własnosci” więc żaden z niego facet? Crazy. Zresztą o stawianiu mężczyzn w centrum problemów kobiet też niedługo napiszę.

Na szczęście to też się zmienia i coraz częściej pojawiają się takie nagłówki:

Oczywiście nie cieszy mnie, że pojawiają się w ogóle, bo przemocy nie powinno być, ale fakt, że chociaż ktoś dostrzega, że same to się te kobiety nie napadły. I pomyślisz: “o co ona się czepia, wychodzi na to samo”, tylko właśnie nie. Nie wychodzi. Jak mówimy, że kobieta została napadnięta, to kierujemy reflektor na nią. Jak mówimy, że ma daddy issues, to zamiast beznadziejnego ojca, ją pokazujemy palcem. Zaraz za tym palcem pojawiają sie komentarze, że no przecież ośmieliła się wyjść z domu, nie ubrać w worek po ziemniakach i w ogóle istnieniem swym prowokować, to czego się w sumie spodziewała. Skoro nawet struś lub jaszczurka są prowokujące, to taka kobieta to już szczyt obrazy męskich uczuć… 

No właśnie, tu dochodzimy do kolejnego fikołka narracyjnego, czyli czynienia ofiar odpowiedzialnymi za czyny sprawców. “Bo go prowokowała”, “bo szła”, “bo spojrzała”, “bo powiedziała >nie< i uraziła jego uczucia”. Taka narracja czyni z kobiet siłę sprawczą (ale tylko gdy doświadczają przemocy), a z mężczyzn jedynie bezwolne narzędzia kierowane popędami, które trudno nawet przypisać zwierzętom. Jednocześnie współistnieje inny trop narracyjny, że “kobiety są zbyt emocjonalne i nie mogą przez to zarządzać/decydować o sobie/robić określonych rzeczy”. 

I teraz sobie zestawmy te dwie ścieżki:

  • Facet nie umie powstrzymać popędów i agresji, a odmowa ze strony kobiety potrafi tak urazić jego uczucia, że sięga po przemoc.
  • Facet jest w przeciwieństwie do kobiety logiczny i opanowany.

Dodajmy do tego wątek, że tym teoretycznie niezrównoważonym kobietom powierzamy opiekę nad dziećmi i przygotowanie posiłków, i co nam tu wychodzi? Hmmm?

Na usta ciśnie się zdanie: Wybierz JEDNO i nie rób kurwy z logiki.

Ale przecież wiemy po co to jest. Wiemy, że chodzi tylko o czerpanie z przywileju i unikanie odpowiedzialności, a narracja jako narzędzie jest tu tak wytarta, że podszewka prześwituje.

Ktoś nam tu wciska, że „piętnastoletnia kobieta” wiedziała co robi i jeszcze „rujnuje chłopakowi życie”, ale „trzydziestoletni facet to jeszcze mentalnie dzieciak” (patrz narracje dotyczące karygodnych zachowań mężczyzn i komentarze po jakimkolwiek artykule o molestowaniu nieletnich dziewcząt).

Temat mocno mnie rusza, od momentu, gdy na zajęciach z prof. Kaniowską na czwartym roku zorientowałam się, co można zrobić za pomocą narracji i jak bywa wykorzystywana. 

W tym tygodniu rusza mnie jednak jeszcze bardziej, bo tak się składa, że wciąż bujam się po sądach z moim ex. Ostatnio spotkaliśmy się w sprawie alimentów. Już pominę fakt, że on w sytuacji, gdy 97,9% (tak, policzyłam to) opieki nad dzieckiem jest na mnie, uważa, że finansowy obowiązek alimentacyjny powinien obowiązywać 50/50. To jest jeden z tych typów, którzy uważają, że w związku rachunki też dzielimy 50/50, ale zajmowanie się domem, dziećmi i jego dobrostanem to wyłącznie sprawa kobiety (zanim się zlecą fani “widziały gały co brały” powiem, że przed dzieckiem nie ujawniał  się z takimi poglądami). 

Najbardziej rozłożyła mnie narracja, że jest bardzo biedny, musi sobie kupować leki, jedzenie, jeździć do pracy, mieszkać w 95 m² mieszkaniu, bo dziecko ma tam pokój “w którym się urodziło” i może kiedyś tam wróci (pamiętam, że rodziłam w szpitalu, ale co ja tam wiem XD) i go nie stać, żeby płacić tyle, ile trzeba. No ale ja za to jestem bogata (w rzeczywistości zarabiam mniej niż ⅓ tego, co on) i jakoś sobie radzę, więc where problem? Przy takim ujęciu z automatu pojawia się założenie, że ja nie muszę kupować leków, jedzenia i płacić za mieszkanie i ⅓ tego, co on zarabia, powinna mi spokojnie wystarczyć na utrzymanie dwóch osób. A skoro sobie jakoś radzę, to jego samego, finansowy aspekt ojcostwa przestaje obowiązywać. Gdy to rozpisuję, widać jasno, że to absurd, ale jak go tak słuchałam na sali sądowej, to widziałam rzucane w jego stronę empatyczne spojrzenia. Bo „on jest biedny, ja bogata”. Opowiadać zawsze umiał ładnie. A jak widać opowiadanie historii to w naszym świecie umiejętność kluczowa przy naginaniu rzeczywistości.

Jeśli dalej masz problem z rozgryzieniem tematu, to sięgnij po książkę Aleksandry Korczak “Bezradne i romantyczne” i zaobserwuj jaki bałagan w głowie zrobiły Ci lektury szkolne i jakie cudze przekonania jeszcze są do Ciebie przyklejone.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *