Ten o rezygnacji z randek

Zrezygnowałam z randek. Poddałam się. Nie dałam rady po kolejnej rozmowie w tym stylu

To i tak lepsze od kolesi, którzy w pierwszym zdaniu pytają czy jestem naturalnie ruda i czy góra machuje mi z dołem. Zwykle zanim ogarnę pawia puszczonego przez mojego pawia już mnie ghostują, co przypomina nieco zabawy wieku nastoletniego, gdy się dzwoni do kogoś domofonem, a potem się ucieka (za co powinny być jakieś dotkliwe kary honestly).

Doszłam do wniosku, że więcej nie dam rady. Że jeśli mam edukować dorosłych kolesi w kwestii subtelności związanych z umiejętnościami społecznymi i podtrzymywaniem angażującej konwersacji, to jedynie za konkretne pieniądze (jak kołcze podrywu), a nie za dara, poświęcając własny czas i nerwy. Moje rady przynajmniej miałyby sens. Wolontariatu to ja w życiu odwaliłam dobre 20 lat, czasem świadomie, czasem “bo oczekiwania społeczne”. 

Jako że jednak tli się we mnie iskierka wiary w mężczyzn, postanowiłam się z jakimś zakolegować, żeby sobie udowodnić, że jednak można, że to tylko jakaś nieszczęśliwa bańka, w którą wpadłam. Wyszło pół na pół. Owszem udało mi się zakolegować z jednym, z całkim niezłym skutkiem, ale umówmy się, jak dwie osoby w spektrum znajdą wspólną bazę, to tego żywiołu nie zatrzyma nic poza paraliżem wykonawczym, depresją, meltdownem, przebodcowaniem… XD 

Dziś nie o tym, bo fajne relacje się nie klikają (no nie wierzę, że w ogóle tak pomyślałam, co za czasy…). Dziś o tym jak mogłam zostać dekoracją w piwnicy psychopaty, ale nie zostałam.

Po tym jak postanowiłam zrezygnować z randek, zeszło mi sporo ciśnienia, tych okropnych oczekiwań związanych z poznawaniem drugiego człowieka. W ogóle temat randek jest superkłopotliwy, bo to taki społeczny taniec wokół tematu, który możnaby bardzo uprościć. Jak kogoś polubię, bo mamy podobny światopogląd, zainteresowania czy wrażliwość, to charakter relacji (przyjacielska, romantyczna etc) jest sprawą drugorzędną, która może się wyklarować po drodze. Ważne, że taka relacja w ogóle jest i karmi obie strony. W przypadku randek mam skojarzenie z zamawianiem dań w tanim barze – procedura (wybór, zamówienie…), szybkie sprawdzenie, czy świeże, czy nikt nie wkleił nam tam peta i nie napluł, konsumpcja i albo niesmak, albo zadowolenie ze spożycia fastfooda, po którym jednak szybko wkrada się niedosyt i poczucie, że nie było to przygotowane z miłością, tylko na głębokim i niezbyt świeżym tłuszczu.

Ale miało być o piwnicy. Otóż jakiś czas temu poznałam na apce kolesia, który umiał sklecić więcej niz 3 słowa i w dodatku były o czymś. Oczywiście wciąż nie podchodziłam do tej znajomości jako potencjalnie romantycznej, ale padła propozycja spotkania zapoznawczego. Typ zaproponował nieco odludne miejsce, ciekawe, ale takie, które zwiedziłabym raczej z osobą, której ufam. Zapaliła mi się pierwsza czerwona lampka, którą prawie prawie zignorowałam. Drugie miejsce, które zaproponował też było nieco dziwne jak na spotkanie, ale mniej odludne. Ponieważ w profilu nie zamieścił zdjęcia całej twarzy poprosiłam żeby mi jakieś podesłał. Stwierdził, że będzie jedyną osobą z (tu wstaw coś charakterystycznego) i go z pewnością poznam, więc wprost napisałam, że chodzi tu o względy bezpieczeństwa i będę na to nalegać. Po kilku dziwnych unikach i moich naleganiach odmówił. Ja odmówiłam spotkania. Kiedyś może byłoby mi smutno, może bym się złamała, może… Ale za dorosła jestem i logika mnie jeszcze nie opuściła. Na co liczył? Że go nie zobaczę? Że jego twarz będzie ostatnim co zobaczę, więc zdjęcia mi nie potrzeba? Cholera wie. Jedno jest pewne – zaufałam intuicji i czuję, że to było słuszne. Zresztą, przyjaciółka skomentowała to bardzo trafnie. Zapytała co bym podpowiedziała córce, która znalazła się w takiej sytuacji. Oh hell no! To tak pięknie upraszcza sprawę. Zero wątpliwości, tylko: Trzymaj się na duuuży dystans od typa, który gdy wyrażasz obawy dotyczące bezpieczenstwa ma to gdzieś.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *